Milena Kindziuk: Nowa stygmatyczka?

Prawie nikt nie wiedział, że w podwarszawskim klasztorze żyła zakonnica, która na swym ciele nosiła rany podobne do Chrystusowych.
Z jej ciała płynął krwawy pot, z oczu - krwawe łzy. Miała sińce i ślady biczowania, a z jej lewego i prawego boku sączyła się krew. Wiele wskazuje na to, że s. Wanda Boniszewska, która 1 marca 2003 r. zmarła w podwarszawskim Konstancinie, była obdarzona stygmatami. - Ale nie to było najważniejsze. Żyjąc cicho, wniosła wielki wkład w życie duchowe Kościoła, podejmowała bowiem modlitwy za kapłanów i zakony - tłumaczy o. Gabriel Bartoszewski, promotor sprawiedliwości wielu procesów beatyfikacyjnych.

Zjawiska trudne do wytłumaczenia
Życiu s. Wandy towarzyszyło wiele zjawisk, których nie można racjonalnie wytłumaczyć. Popadała w ekstazy. W czasie zamachu na Papieża czuła potworny ból na całym ciele, przez cały dzień bardzo cierpiała. W czasie wojny przepowiedziała, że Polska odzyska wolność. Miała widzenie, w czasie którego wypowiedziała imię Berii i Stalina. Kontaktowała się z duszami czyśćcowymi. Doznawała udręk od szatana.

Ale do momentu jej śmierci prawie nikt nie wiedział, że w bezhabitowym Zgromadzeniu Sióstr od Aniołów żyje zakonnica doświadczająca niezwykłych przeżyć. Bo taka właśnie była wola s. Wandy, szczupłej, wysokiej zakonnicy, o niebieskich oczach i pogodnym wyrazie twarzy. - Nie chciała, by za jej życia to ujawniać, czuła się niegodna stygmatów - mówi zaprzyjaźniony z nią od ponad sześćdziesięciu lat ks. Jan Pryszmont, emerytowany profesor dawnej ATK.

O tym, że miała znaki przypominające stygmaty, czyli otwarte rany w miejscach ran Chrystusa, nie wiedziała nawet większość sióstr w Zgromadzeniu. Mimo że na co dzień z nią mieszkały. - Nie był to temat naszych rozmów - zapewnia s. Maria Cichoń, wikaria generalna.

Także sama s. Wanda nie afiszowała się nigdy swoim cierpieniem. Żyła prosto, zwyczajnie, jak pozostałe zakonnice. W domu Zgromadzenia - szarym, ogrodzonym parkanem, w samym środku konstancińskiego parku - zajmowała niespełna osiemnastometrowy pokój. Od lat z prawej strony, tuż przy ścianie, stało tam metalowe łóżko, nad nim zaś wisiały dwa obrazy: Matki Bożej i Chrystusa w koronie cierniowej. Obok - szafka na telefon i lekarstwa. Na parapecie kwiatek.

Odeszła w niedzielę 1 marca 2003 r. Rano, zaraz po ósmej, przyjęła jeszcze Komunię św., ale pod wieczór utraciła świadomość. Wtedy wokół jej łóżka zebrały się siostry i zaczęły się modlić. Przełożona trzymała s. Wandę za rękę, gdy nagle przestała wyczuwać puls. Kiedy zegar wybił godzinę osiemnastą, s. Wanda umarła. Miała 96 lat.

Nie stwarzać sensacji
"Ekstaza. Sen głęboki. Ogląda ręce i nogi. Stygmaty otwarte. Trochę skrzepłej krwi wylała. Rana boku prawego otwarta. Prawe ramię starte do krwi. Tułów pokryty szramami, jakby od uderzeń potrójnie złożonych" - tak wspominał doznania s. Wandy Boniszewskiej jej spowiednik, nieżyjący już ks. Czesław Barwicki. Spisał je w formie pamiętnika, którego pilnie strzeże teraz ks. Pryszmont. Zasadniczo nie pozwala do niego zaglądać. Ale dzisiaj czyni wyjątek. Wstaje zza biurka i wyciąga z szafki papierową, pożółkłą teczkę. Kilkaset stron maszynopisu - to właśnie wspomnienia ks. Barwickiego, a zarazem bezcenne źródło wiedzy o s. Wandzie, zakonnicy z Nowogródka, rocznik 1907.

Tak bardzo utożsamiała się z Męką Pana Jezusa, że właściwie od młodych lat w miejscach ran Chrystusa czuła ból. Od 1919 r. powtarzało się to kilkakrotnie. Oprócz tego miała szramy po biczowaniu na całym ciele, bolące guzy, trzynaście ran dookoła głowy, krwawy pot i krwawe łzy. Od Adwentu 1934 r., kiedy była już w zakonie i mieszkała w domu sióstr w Pryciunach pod Wilnem, rany wyraźnie krwawiły - szczególnie mocno od czwartku wieczorem do soboty rano, a więc w czasie, kiedy Pan Jezus był krzyżowany i złożony do grobu. W Wielkim Poście ból był o wiele bardziej dotkliwy. Nikomu o tym nie mówiła, ale i tak szybko dostrzegł to jej pierwszy spowiednik, ks. Tadeusz Makarewicz. Wkrótce potem także pielęgniarka, s. Rozalia Rodziewicz.

Zrzuca z nieba płatki konwalii

Większość mistyków w ostatnich czasach była powoływana do ofiarowania swoich cierpień za kapłanów.

Dlatego zrozumiała jest aktualność postaci i idei cierpień s. Wandy Boniszewskiej, stygmatyczki ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów, tak bliskiej nam czasowo, bo zmarłej zaledwie przed czterema laty. Bóg ją powołał od najmłodszych lat. Już w dniu I Komunii świętej Pan Jezus po raz pierwszy przemówił do niej wyraźnym głosem, podczas adoracji Najświętszego Sakramentu, wspominając o swym Boskim pragnieniu dusz i zachęcając do przyjęcia cierpień, które w przyszłości mają ją spotkać. Po przyjęciu sakramentu bierzmowania czuła w duszy dalsze ciche nawoływania do ofiary, do większej miłości bliźnich i do oddania sił Jezusowi: „Oddaj się całkowicie Mnie”. Odtąd Chrystus często zwracał się do niej z podobnym wezwaniem, i to w sposób ujmujący, jak świadczą o tym Jego pełne czułości słowa, którymi ją nazywał, jak np. „duszo wybrana, dziecię moje, iskro kapłanów, moja umiłowana oblubienico, pociecho moja...”.

Chrystus Pan wyraźnie domagał się od niej poświęcenia: „Będziesz całe życie za nic miana, niezrozumiana, będą cię usuwać, będziesz napastowana przez szatanów i złych ludzi, ogarną cię ciemności wewnętrzne. Te same, których już doznałaś, i jeszcze większe. Ale Ja cię wspomogę”.